...oraz dlaczego ludki go piją?
Za nami kolejny sylwester, dzień w którym globalnie rzecz ujmując ilość spożytego alkoholu zapewne śmiało można przyrównać do pojemności sporego zbiornika retencyjnego. Dla mnie każdy kolejny sylwester jest dniem w którym mogę ze wzmożoną intensywnością prowadzić swoje obserwacje i próbować odpowiedzieć sobie na powyższe pytanie. Zapewne spora grupka ludków po przeczytaniu takiego podtytułu stwierdzi, że coś ze mną jest nie tak, bo przecież alkohol się pije, a nie prowadzi dywagacje nad słusznością tej czynności. No to może pójdę na całość i pochwalę się, iż od niemal trzech lat nie piję alkoholu w ogóle, nie licząc okazjonalnej lampki szampana. No dobra, zakładam, że po takim wstępie osoby które trafiły tu po wpisaniu w google słowa „alkohol” mam już z głowy. Nielicznym, którzy pozostali zaproponuje dalszą lekturę, jednak ostrzegam, że raczej będę przynudzał.
Skoro napisałem, że od jakiegoś czasu nie piję to oczywiście implikuje, iż wcześniej piłem. Zaiste tak było. Według moich wyliczeń wypiłem kilkanaście litrów piwa, dwie lampki czerwonego wina, coś koło 150ml wódki, trochę czegoś zielonego no i szampana w ilości proporcjonalnej do ilości okazji przy których jego wypicie było stosowne. Co sprawiło, że obecnie całkowicie odstawiłem procenty? Postaram się to pokrótce opisać. Zaczynając od początku... w dzieciństwie miałem to szczęście, że nie wpadłem w tzw. `złe towarzystwo` co zapewne miało niebagatelny wpływ na to, iż nie zacząłem przygody z % za wcześnie. Następnie pamiętam jak w podstawówce, na obowiązkowych spotkaniach przed bierzmowaniem, ksiądz opowiadał o używkach i nałogach. Kończąc prośbą o dobrowolną deklarację, iż do ukończenia 18roku życia, ludek deklarujący się nie będzie palił, pił i zażywał narkotyków. Podpisałem się i jak teraz o tym myślę to chyba w tamtym czasie jeszcze nie za bardzo miałem świadomość, czy i jak to może na mnie wpłynąć. Bez trudu wypełniłem swoją deklarację, z czego obecnie po latach w pewnym sensie jestem dumny, wiedząc od swoich kolegów, jak nielicznym to się udało. Skończyłem 18stkę, na której (prosiłbym ludzi o słabych nerwach o opuszczenie tego fragmentu) również nic nie wypiłem. Czas płynął, żadnych zobowiązań już nie miałem, ale jakoś nie było okazji by zacząć. Dopiero pod koniec lipca 2003roku spotkałem się, z bliską mi osobą (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) i naszym amerykańskim znajomym, usiedliśmy pod jakąś parasolką no i... zamówiliśmy po piwie. Wypiłem jedno małe z sokiem, jak powiedziałem towarzyszom co się właśnie stało to o mało z krzeseł nie pospadali. Pamiętam tylko, że nie smakowało najgorzej, ale rewelacji też nie było. Później trochę się rozkręciłem, zdarzało się, że podczas jakichś manewrów G3W, czy oglądania SpeedwayGP w jakimś pubie potrafiłem wypić do 1,5 litra `złocistego trunku`. Punktem kulminacyjnym okazała się impreza u Lela zwanego też Barnabą (pozdrowionka of korz). Wtedy to wypiłem trochę jakiegoś czegoś co miało kolor płynu do mycia naczyń `Ludwik`, oraz bodajże 3 drinki wódka z colą. Po wypiciu wszystkiego co Lelo miał w zapasie udaliśmy się na imprezę do Savoya. Nigdy nie zapomnę jak około północy szliśmy torowiskiem na Fordońskiej, następnie Jagiellońskiej, śpiewając coś o Apatorze, Legii, Wiśle, Polonii i paru innych klubach. Na miejscu wypiłem jeszcze 2 lub 3 piwa (chociaż zdecydowanie skłaniałbym się ku dwóm, ta trójka to tak dla podkolorowania). Po czym całą ekipą udaliśmy się na plac kościeleckich by każdy mógł złapać coś co mu pasuje. Następnie pamiętam moment zajęcia miejsca w nocnym i... moment w którym kontroler (wtedy jeździli w nocnych nie wiem jak teraz) obudził mnie słowami „proszę wysiąść, to końcowy”. Na szczęście przystanek na którym powinienem był wysiąść jest przedostatnim na trasie, więc dużo dalej nie ujechałem. W ten sposób doświadczyłem chyba czegoś co weterani nazywają `urwaniem się filmu`. Następnego dnia, stwierdziłem, iż od momentu opuszczenia autobusu do momentu znalezienia się w domu doświadczyłem kolejnego powszechnie znanego zjawiska `powrotu na autopilocie`, gdyż kompletnie nie potrafiłem sobie przypomnieć nic charakterystycznego z drogi powrotnej, samą drogę kojarzyłem tak, jak przez mgłę i miałem wrażenie jakby to nogi mnie prowadziły, a nie na odwrót. Oczywiście gdy przestałem zaprzątać swoją głowę tym co było, dotarło do mnie, że obecnie strasznie mnie ona boli i tak jakoś dziwnie szumi w dodatku wilgotność mojego gardła wynosiła tyle ile ściółki leśnej po bezdeszczowym lipcu. Ten objaw był ostatnim z wielkiego alkoholowego trio, za to utrzymywał się najdłużej. Do końca dnia moje samopoczucie poprawiło się ze skrajnie złego na lekko poniżej zadowalającego, tak więc dzień byłby stracony gdyby nie wnioski do których doszedłem. Wydałem sporo kasy, ryzykowałem stratę jeszcze większej sumy w przypadku natknięcia się na jakiś niebieski patrol, ryzykowałem zdrowie śpiewając piosenki o różnych klubach w przypadku natknięcia się na innych śpiewających o INNYCH klubach, ryzykowałem życie idąc przez długi czas środkiem torowiska w przypadku spotkania z tramwajem prowadzonym przez motorniczego lunatyka, straciłem dobrą godzinę z życia oglądając film pt. „urwany”, jakby tego było mało pan kac bezczelnie przez wiele godzin nie pozwolił mi o tym wszystkim zapomnieć. W dodatku wiele tygodniu później dowiedziałem się, że pomiędzy opuszczeniem lokalu, a dotarciem do autobusu byłem widziany przez bliską mi osobę (tę samą z którą wypiłem 1sze piwo) i kompletnie tego faktu nie zarejestrowałem... załamka totalna. I przez co to wszystko? Przez parę marnych procentów. Decyzja mogła być tylko jedna – dziękuję, ja wysiadam...
...no i wysiadłem :) Spośród moich znajomych większość... hmm... większość to chyba za mało, myślę, iż stwierdzenie `niemalże wszyscy` lepiej odzwierciedli stan faktyczny. Więc niemalże wszyscy jadą dalej :) Obserwując ich przygody zauważyłem, że do wielu etapów bytowania z alkoholem nie doszedłem. Wspomnę choćby o dość często występującym procentowym pawiku, tudzież nadmiernej giętkość języka objawiającej się słowotokiem brzmiącym podobnie do tego jaki normalnie wydobywa z siebie Bodzio (pozdrówka i dla Ciebie), a na stanie w którym pijący przeistacza się w nie reagujące na żadne bodźce zwłoki kończąc. Pomimo, że nie doświadczyłem tych bardziej ekstremalnych skutków konsumpcji napojów wyskokowych, skutecznie się do nich zniechęciłem. Wielu ludków, z pełnym wachlarzem doświadczeń, zachowuje się odwrotnie – z radością korzystają z każdej kolejnej procentowej podróży. Osobiście nie znalazłem w tej używce nic pozytywnego, poza chwilowym stanem względnie zajebistego samopoczucia, a lista negatywnych efektów jest długa. Kończąc, muszę przyznać, że ciężko jest wykminić po co ludki piją alkohol, więc chyba przychylę się do opinii, którą od wielu słyszałem, że skoro jest to znaczy, że trzeba go po prostu pić!
p.s. Mam nadzieje, że pierwszą tegoroczną `wichurę` w głowie i `suszę` w gardle macie już za sobą :)
środa, 2 stycznia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 komentarzy:
Bo wiesz, z alkoholem to jest tak, że nie trzeba od razu pic wszystkiego co jest pod ręką :) Jak ktoś potrafi znaleźć w sobie umiar, to spotkanie z alkoholem nie kończy się złymi wspomnieniami i niekontrolowanymi sensacjami. Można napić sie tylko trochę, dla rozluźnienia, dla odwagi, dla rozwiązania języka, dla śmiałości, w zestawieniu zależnym oczywiście od sytuacji.
Pozdrawiam i życze krótszych notek ;)
eeee.... A ja piłem, pije i bede pil, i zobacz jaki mądry chłopiec ze mnie wyrosl, lol :D
Pic to trzeba umiec! :) Wszystko jest dla ludzi!
wkońcu odblokowałeś komentarze :P a wpis podsumuję tak: trzeba pić z głową :)
heh :) po kolei...
1.o tym że komenty są zablokowane nawet nie wiedziałem, oczywiście jak zawsze dociekliwy xradar mnie uświadomił :P
2. odnośnie życzenia slivki bym pisał krócej to... raczej nie realne :) ciężko mi się zebrać do pisania, ale jak już się wezmę to... wylewny jestem :P
3. to że trzeba pić z głową, tudzież z umiarem to oczywiście wiem, wielu ludków właśnie tak się obchodzi z `%`,w tym wpisie raczej chciałem skupić się na skrajnościach - tych co piją za dużo i za często :P no i na sobie czyli na nie pijącym, może nie za dobrze to ująłem, bo jakoś wczoraj weny za bardzo nie było ;]
"okruch posępny" lol :)
Z tymi przyspiewkami o innych klubach to troche tez podkoloryzowales ;) Az tak glosno nie spiewalismy :) Aodnosnie picia, zgodze sie z powyzszymi osobami, ze jak sie pije z glowa to impreza, tudziez jakies inne spotkanie moze byc jeszcze bardziej milsze :)
Pozdro
jeśli chodzi o komenty to przed świetami już Ci na gadu dałem znać, ale pewnie nic nie doszło :( ważne, że już są :)
zawsze mogliście śpiewać: "Iskra Opole, ja Iskrę w dupe pierdole! Iskraaaa Opoooleeee [...]" /włatcy móch ;)
Masz fajne captcha na blogu: "pzxbnhms" - to ten obrazek co go trzeba przepisać, że niby spamu nie było ;)
Prześlij komentarz