środa, 26 grudnia 2007

Dlaczego przestałem lubić święta...

... a raczej to czym w dzisiejszych czasach są.

Więc czymże są święta? W mojej ocenie dla naprawdę wielu ludków (nie powiem, że dla większości, bo obserwacje zachowań tłumów, które skłoniły mnie do napisania tej notki wcale większością być nie muszą) jest to tylko kilka zwykłych dni, które to wymuszają ponad miesięczny okres nienormalnego, względem reszty roku, zachowania tychże ludków.

Trochę o przygotowaniach. Z roku na rok zaczynają się one coraz wcześniej i są coraz intensywniejsze. Oczywiście meritum `przygotowań` są zakupy, mam wrażenie że niektórzy właśnie to podczas świątecznego okresu czczą. Przy czym u sporej liczby ludków wykonujących ten tradycyjny przedświąteczny rytuał, zaobserwować można występowanie tzw. kurwików w oczach oraz zdecydowanie przewyższające normę stężenie „wnerwa pospolitego”. W sumie mają prawo być w takim stanie, gdyż skuszeni rabatami, upustami i przecenami mocno zawyżonych cen podstawowych, udali się tłumnie (czyli w liczbie zdecydowanie przewyższającej max. przepustowość marketowych alejek) do najbliższej `świątyni` w celu nabycia niezliczonej ilości przedmiotów potrzebnych, mniej potrzebnych i zupełnie zbędnych, ale za to z karteczką `-xx%`. Po czym ustawili się w kolejce przypominającej długością te z czasów PRLu, do linii kas, która zazwyczaj jest tak samo silnie obsadzona, jak przyczółek Westerplatte po tygodniu walk. Właściciele `świątyń` w celu wyciągnięcia jak największej ilości `darów` z niekończącej się fali `świętujących` wydłużają godziny pracy. Sieć sklepów „dla idiotów” w ostatni weekend przed świętami pracowała do północy – rewelacyjny pomysł! Ileż to razy około godziny 23 nachodziła mnie ochota by kupić sobie toster lub `empeczy plajer`, a tu wszystko zamknięte! Gratulacje dla `idiot-menedżerów` i szczere wyrazy współczucia dla rodzin szeregowych pracowników tej sieci, no ale któż by się przejmował rodziną i to w dodatku w okresie świątecznym, to nie te czasy...

Tradycyjne symbole w nowoczesnym świecie. No właśnie co z nimi? Pożarła je galopująca komercha... Weźmy na przykład taką choinkę, ładna zielona i dzieciom się podoba. Ostatnio jest taka moda, że władze miejskie wystawiają choinki w centralnych punktach grodu. Jednak rajcom wcale nie chodzi o nastrój, czy jakieś inne duchowe doświadczenia, które naturalnie powinny nas nachodzić podczas kontemplacji urody w/w choinki. Dla nich ważniejsze jest by ich choinka była większa i okazalej ozdobiona od tej z sąsiedniego `zaprzyjaźnionego` miasta... niestety to informacje z pierwszej ręki. Następnie weźmy `na tapetę` Mikołaja, a raczej ich setki spotykane na każdym kroku. Może to prawda, iż to frajda tylko dla dzieci, ja już dzieckiem nie jestem, ale nie bawi mnie to z zupełnie innego powodu. Idąc jednego dnia naszą piękna ul. Gdańską spotkałem kilku `Świętych`, od każdego dostałem karteczkę, ale nie było na niej nic związanego ze świętami, żadnego elementu zmuszającego do refleksji, chwili zastanowienia dlaczego obchodzimy święta? Nic z tych rzeczy. Za to dowiedziałem się z nich, że mogę wziąć od ręki tani kredyt gotówkowy `na święta`, kolejna oferowała Motorloe za 1zł `pod choinkę` z jeszcze innej dowiedziałem się że tylko dzięki `tepsie` miło spędzę święta z najbliższymi...

Ludzie uwielbiają pokazywać innym jak bardzo są `świąteczni`. Udowadniają to do tego stopnia, że sami nie widzą jak sztuczne staje się ich zachowanie. Mamy takiego `przesympatycznego` sąsiada co, jak to moja mama mawia nie zhańbił się jeszcze nigdy by powiedzieć dzień dobry (mi czasem coś odburknie w narzeczu hula-gula), ale rok rocznie – znaczy się że co roku :) – w okresie przedświątecznym niemalże kłaniając się w pas składa życzenia, by w okolicach nowego roku znowu zapomnieć języka w gębie, ot osobliwość. Przykładów sam na własnej skórze poznałem wiele. Chociażby pospolite g-g, niemalże w ciemno można założyć, że w dniach 22-26 grudnia zdecydowana większość (tu mogę tak napisać po wnikliwej i wieloletniej analizie) ustawionych opisów dotyczy informowania wszystkich jak bardzo jest się pochłoniętym przygotowaniem, a następnie celebrowaniem świąt. Choinki, bombki i `szczere` życzenia dla `wszystkich` (według mnie znaczenia tych dwóch słów wzajemnie się wykluczają) pojawiają się, jak grzyby po deszczu. Może ktoś powiedzieć, że to akurat nic dziwnego i co mi do tego, po części będzie miał racje, ale tylko po części. Akurat taki ze mnie typ że lubię sobie spojrzeć na coś zupełnie inaczej niż przeciętny ludek (oczywiście w najmniejszym stopniu nie uważam siebie za kogoś więcej jak tylko przeciętnego ludka) i najczęściej krytycznie to osądzić, no do tego akurat mam prawo, co najwyżej ktoś, anonimowo tudzież nie, równie krytycznie oceni moją krytyczną ocenę. Wracając do sztuczności zachowań niektórych świętujących. Za przejaw skrajnie sztucznego zachowania uważam, kogoś kto odzywa się raz w roku i zawsze jest to złożenie świątecznych życzeń. Normalną rzeczą jest, że w ciągu iluś tam lat życia poznaje się iluś tam ludków, część z nich zostaje przyjaciółmi, część kolegami/koleżankami, część tylko znajomymi, a o niektórych z racji wygaśnięcia bliższych kontaktów z czasem się zapomina. Ja mam akurat tak, że dajmy na to w komórce czy takim g-g lubię mieć `porządek` i najzwyczajniej w świecie co jakiś czas taki porządek przeprowadzam. No i potem przychodzi końcówka grudnia i dostaję sporą porcję życzeń od osób o których mogę powiedzieć tylko to co zazwyczaj mawia mój słabo –widzący, -słyszący i –pamiętający kolega: „Kto to k**** był?” (pozdrowionka dla Rabbiego zwanego w niektórych kręgach Koszernym). A idę o zakład, że osoby od których dostaję owe życzenia w wielu przypadkach mogą przed wysłaniem powiedzieć o mnie to samo, a wysyłają tylko dlatego, że kiedyś nie zrobili `porządków` i dlatego, że są święta...

Święta, święta i po świętach. Ludki przed świętami kupują co się da, niemiłosiernie przy tym narzekając, że tłoczno, że wszędzie korki, że za gorąco w sklepie, że pani ekspedientka wśród kilku tysięcy rozdanych uśmiechów, akurat do nich się nie uśmiechnęła, że w ogóle wszystko nie tak. Ludki przed świętami wytwarzają i przetwarzają tyle jedzenia, że starcza go, aż do sylwestra, ale to nie przeszkadza im , aby w tak zwanym międzyczasie narzekać, na to że się przejedli i na to że jeszcze tyle zostało. Ludki – co może wydać się zaskakujące - narzekają również po świętach, że już się skończyły. Ludki narzekają na wszystko co wiąże się ze świętami, a mimo to cieszą się na myśl o zbliżających się kolejnych. Taki sobie paradoksik, a może wcale nie? Może tę radość z nadchodzących świąt czerpią podświadomie, gdzieś z głębi, ze źródła, które co roku rodzi się na nowo i co roku liczy na to, że te ludki na parę chwil przed, w trakcie i po świętach pomyślą o czymś trochę mniej przyziemnym...

Tak więc, jeszcze tylko trzysta parędziesiąt dni i znów będziemy mogli ponarzekać.

wtorek, 25 grudnia 2007

Życie to jednak popelina...

...zbyt krótko trwa, zbyt późno się zaczyna.

Jak mawiają, życie zaczyna się po czterdziestce. Statystycznie rzecz biorąc jest to prawda. Statystyczny Kowalski, z góry przepraszam każdego Kowalskiego, który przypadkiem to będzie czytał i poczuje się urażony, nie wiem co za kretyn kiedyś wymyślił, że statystyczny to będzie Kowalski albo Nowak, no ale tak się przyjęło – sorry. Więc ten statystyczny Kowalski średnio pierwsze dwadzieścia, czasem dwadzieścia parę lat poświęca na naukę, następnie zdobywa pracę – najczęściej na kiepskich warunkach wszak nie ma kompletnie żadnego doświadczenia. Zakłada rodzinę, kupuje samochód, wynajmuje mieszkanie – mijają kolejne lata. Statystyczny Kowalski ma dzieci. Wraz z upływem czasu, zaczyna lepiej zarabiać, gdyż nie jest już młokosem, a więc sytuacja materialna wyraźnie się poprawia. Kredytów ma coraz mniej. Dzieci mu podrosły i stają się bardziej samodzielne. Życie nabiera barw... tak się jakoś składa, że statystycznemu Kowalskiemu przychodzi to tuż po czterdziestce. Stąd zapewne owe powiedzenie. Do tej pory raczej zgadzałem się z tą teoria, jednak nastąpiło coś co diametralnie zmieniło mój punkt widzenia.

Jakieś 2,5roku temu wprowadzili się nowi sąsiedzi. Statystyczna młoda polska rodzina, model 2+2 (z tym szczęściem, że trafili na wariant zróżnicowanych płci potomstwa). Przesympatyczni, życzliwi, kochający się, po prostu szczęśliwi ludzie. Dzieci we wczesnej fazie dorosłości, wyremontowane mieszkanie, nowy samochód – po prostu sielanka i wizja wielu `tłustych` lat.

29 listopada, jak co wieczór oglądałem lokalny serwis informacyjny, materiał o tragicznym wypadku do którego doszło w godzinach porannych na fordońskiej, obejrzałem z taką samą obojętnością jak pozostałe. „(..)Jadący w kierunku centrum kierowca renault z nieznanych przyczyn zjechał na przeciwległy pas ruchu i zderzył się z nadjeżdżającym samochodem ciężarowym. Kierowca samochodu osobowego zginął na miejscu.” 30 listopada na pierwszej stronie bydgoskiej części Gazety Pomorskiej zdjęcie rozbitego kangoo. „Przyczyną wczorajszego wypadku był zawał serca, którego doznał kierowca renault. (..) Po mimo kilkugodzinnej walki lekarzom nie udało się uratować życia pasażerki auta”. Pamiętam, że patrząc na zdjęcie przez chwilę pomyślałem – sąsiedzi mają taki sam samochód. 3 grudnia idąc na przystanek przechodziłem koło parkingu strzeżonego, najbliższego naszemu blokowi, na którym zobaczyłem rozbite renault kangoo... Jakoś tydzień później wychodząc z mamą na zakupy, spotkaliśmy naszą sąsiadkę, jak zwykle powiedziałem dzień dobry. Odpowiedź jakiej oczekiwałem nie padła, zamiast tego zobaczyłem, jak ta zawsze pogodna i radosna osoba ze łzami w oczach rzuciła się na szyję mojej mamie. „Pani kochana, jaka tragedia...”

Dariusz lat 45
Amelia lat 23
Niech spoczywają w pokoju. [*]

Życie zaczyna się po czterdziestce, ale kto da nam gwarancje, że uda nam się je zacząć? Dla wielu jest to zbyt późno.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Ja tylko chciałem coś kupić...

...a stałem się uczestnikiem parkingowego survival`u.

Jakieś dwa tygodnie temu przekonałem się jak ciężko jest, w okresie przedświątecznym kupić zwykłą rzecz. Jak do tego doszło? Ot po prostu, podczas prac modelarskich doszedłem do wniosku, że za niedługo potrzebny mi będzie o jeden `ścisk modelarski duży` więcej niż obecnie posiadam. Więc korzystając z wolnej chwili i pięknych okoliczności przyrody wybrałem się do sprawdzonego punktu. Pech chciał, iż punkt ów znajduje się tuż obok miejsca, które w okolicach świąt jest oblężone w stopniu porównywalnym z muzułmańską Mekką. Mowa tu oczywiście o `Galerii Pomorskiej`. Oczywiście podobnie jak kilkuset innych kierowców nie przewidziałem, iż na parkingu który zazwyczaj zapełniony jest w 30-40% nie będzie żadnego miejsca. Sytuacja zaczęła się komplikować jakieś 300m od G.P. kiedy to po uprzednim wyhamowaniu całkowitym zacząłem się przemieszczać do przodu z prędkością `tyle ile się dało/jeden cykl sygnalizacji świetlnej`. Kiedy minął mnie 4ty tramwaj pędzący w stronę miasta dopchnąłem się pod sam sygnalizator i zająłem tzw. pole position. Baaa nawet zostałem przez ów sygnalizator zaskoczony, gdy po około 5sek. otrzymałem `zieloną strzałkę`, ale to był tylko taki `chłyt maketindody` gdyż pas w który miałem wjechać był delikatnie mówiąc zajęty. Po jakichś 2 kolejnych tramwajach w kierunku centrum, udało mi się... podjechać na tyle blisko, by zorientować się, że 9/10 samochodów próbuje skręcić na parking do G.P. więc postanowiłem być tym 10tym i skręciłem na parking przy `szwabsken ruden wiewióren`, w nadziei że tam będzie luźniej. Gdy kończyłem drugi `tour de parking` nadzieja mnie opuściła. Podczas kolejnej rundy, miałem szczęście, z `Wiewióry` akurat wychodził pan, który z widocznym na twarzy wysiłkiem pchał wózek, którego zawartość przedstawiała się w postaci pudełka o wymiarach kilkanście-x-kilkanaście-x-kilka centymetrów. Postanowiłem, że niczym kuna zakradnę się za nim i zapoluje na miejsce które niechybnie zwolni za czas niedługi. Tak też zrobiłem, jednak zanim ten biedny człeczyna zdążył zapakować swoje zakupy do bagażnika z naprzeciwka ustawił się już 2gi chętny i w dodatku bezczelnie włączył kierunkowskaz. Ze dwa razy grzecznie pokazywałem sępowi po której stronie będzie mnie miał próbując zająć zwalniane miejsce, nie wiem czy to by poskutkowało, ale jednak niebiosa mi sprzyjały. Pan `po zakupach` wykręcił w stronę mojego oponenta co dało mi kilka cennych sekund by poprawić swoją pozycję. Podjechałem do przodu, blokując wolne miejsce, rywal po krótkiej chwili bezczynności z grymasem na twarzy odjechał – ha! zwycięstwo! Pozostało już tylko grzecznie wtoczyć się w upolowane miejsce. Ten kto myśli, że to koniec przygód jest w sporym błędzie. Wracając powolnym krokiem w stronę samochodu zauważyłem, pewną panią w `cieniasie` (lub jak mawia moja mama `cińko-cieńko`), która korzystając z wypróbowanego sposobu `na kunę` toczyła się za mną. Parę minut wcześniej zarówno ja jaki i mój konkurent do miejsca zatrzymaliśmy się w odległości umożliwiającej swobodny wyjazd w dowolnym kierunku osobie opuszczającej parking. Jednak ta pani (podkreślam jeszcze raz pani :P ) zatrzymała się w taki sposób że... nie wiem jak go określić, ona w zasadzie w połowie już zaparkowała w miejscu z którego ja jeszcze nie wyjechałem. Zostawiła mi tyle przestrzeni, że ciężko by było stamtąd wyjechać wózkiem na zakupy, a co dopiero samochodem. Popatrzyłem na nią, wymownie, ale ona nic. Otworzyłem auto, powoli zdjąłem kurtkę co by mi ruchów nie krępowała, powoli usadowiłem się w samochodzie, powoli wykonałem wiele innych czynności - pani nadal stała, jak stała tyle że za nią utworzyła się kolejka złożona z kilku samochodów, bo pani blokowała całą alejkę. Stwierdziłem, że baba nie załapie o co lotto, więc wytoczyłem się tyle ile mogłem i wykonałem gest bezradności dobitnie wskazujący, że potrzebuję trochę więcej miejsca. Reakcja owej pani zapewne ścięła by mnie z nóg gdyby nie fakt, że wygodnie siedziałem. Opuściła szybę i puściła tak soczystą i głośną wiązankę, że z całą pewnością mogę stwierdzić, iż jej mąż jest rasowym szewcem. W tak zwanym międzyczasie jej – na oko – co najwyżej 12letnia pasażerka pokazała mi język i środkowy palec... Po tym krótkim, aczkolwiek bardzo wymownym przekazie, pani wycofała swojego `cieniasa` i... obrażona, odjechała rezygnując z miejsca. Chwilkę jeszcze trwało zanim otrząsnąłem się z lekkiego szoku, po czym ruszając, odruchowo spojrzałem w prawo i ujrzałem życzliwie uśmiechającego się pana, który tylko czekał, by porwać zdobycz, która mu się trafiła.
Kończąc przydługą relacje chciałem tylko napisać, że w sklepie nie otrzymałem ścisku modelarskiego dużego i musiałem zakupić średni...