czwartek, 31 stycznia 2008

Profesjonalizm DOMARu...

...w zderzeniu z brutalną rzeczywistością.

Ta notka będzie opisywała, sytuację mniej więcej z początku listopada, wtedy nawet nie śniło mi się że będę pisał bloga, a obecnie, gdy już go prowadzę uważam, że warto tę historię opisać.

Pewnego razu siedząc przed komputerem stwierdziłem, iż mój 12letni CRT wyświetla obraz tak słabej jakości i zapewne równie wysokiej szkodliwości, że najwyższa pora wsadzić go do wora... znaczy się wymienić na nowy. Z faktu, że jestem leniwy padło na punkt DOMARu na Skarżynskiego w Fordonie (radzę sobie zapisać ten adres, ale bynajmniej nie na liście punktów godnych polecenia) do którego mam przysłowiowy rzut beretem. Żadnym ekspertem w dziedzinie nowych monitorów nie jestem, więc zanim udałem się na zakupy, zasięgnąłem języka u tego co wie wszystko, tego no... google chyba na niego mówią. Uzbrojony w wiedze o podstawowych zagadnieniach związanych z panelami LCD, żwawym krokiem zmierzałem ku miejscu przeznaczenia. Z nadzieją, iż przyswojone informacje pozwolą mi nawiązać w miarę równorzędną rozmowę ze specjalistą w sklepie. Po odszukaniu miejsca w którym oczekiwały na mnie monitorki, lekko się zdziwiłem gdyż przy żadnym z około 15 różnych modeli nie było karteczki informującej o jego parametrach. Zamiast tego przy każdym – zgodnie z obowiązującymi trendami – widniała taka z krzykliwym napisem „Promocja” i dwiema cenami – wyższą przekreśloną i niższą w kolorze czerwonym. Stojąc tak i przyglądając się `towarom` zauważyłem przemykającego po cichu gościa we wdzianku firmowym, z identyfikatorem na którym widniało : „W czym mogę pomóc?”. Wiedział kiedy się pojawić pomyślałem i nie czekając, aż zapadnie się pod ziemię zagadałem. „Przepraszam” – facet stanął jak wryty, a jego oczy powiększyły się do rozmiarów dojrzałej pomarańczy, oprócz tego nie zauważyłem żadnej innej reakcji z jego strony więc ciągnąłem dalej... „Czy mógłby mi pan coś opowiedzieć o tych monitorach? Czym oprócz ceny się różnią?” – na twarzy tego przed momentem przerażonego ludka wymalował się potężny grymas – coś jakby właśnie dostał skrętu kiszek, w międzyczasie jego oczy wróciły do normalnej wielkości z tym, że teraz wykazywały nadmierną ruchliwość w osi poziomej. Po kilku kolejnych chwilach ludek przemówił – „Przepraszam, obsługuję innego klienta, proszę poczekać”, po czym śpiesznie podążył w kierunku pani, która najwidoczniej chciała zakupić ekspres do kawy, gdyż jeden z nich właśnie kończyła rozkładać na czynniki pierwsze. Tak więc w czasie gdy czekałem na powrót pana „W czym mogę pomóc”, zauważyłem, że wszystkie monitorki są połączone z jednym kompem co zapewne dawało możliwość wyświetlenia czegoś bardziej efektownego od napisu „brak sygnału”. Po kilku minutach zauważyłem innego pracownika sklepu, który w sposób podobny do poprzednika przechadzał się w pobliżu, z tym że ten miał na identyfikatorze „kierownik sklepu”. Jego wzrok tęskniący za rozumem nie dawał mi przesłanek ku temu, że tym razem czegoś się dowiem, no ale spróbowałem... Poprosiłem o wyświetlenie jakiegoś sygnału, odpowiedź padła szybko i tonem bardzo stanowczym – „Oczywiście”, po czym ludek, najpierw posprawdzał, czy każdy z monitorów jest podłączony do zasilania, następnie wyłączył i zaraz potem włączył listwę zasilania, ku jego zdziwieniu obraz się nie pojawił, po chwili namysłu sprawdził gdzie są podpięte kable sygnałowe i w „mgnieniu oka” doszedł, że musi włączyć komputer. „Brawo” pomyślałem, a kierownik spojrzał na mnie z nieukrywaną dumą na twarzy. Następnie zapytałem o to, co tak skutecznie przepłoszyło poprzednika czyli o parametry. Pan kierownik nieco się zasępił, ale muszę powiedzieć, że wybrnął bardzo inteligentnie, korzystając z faktu, że teraz monitory wyświetlają obraz odpowiedział, że na co mi jakieś parametry, przecież wszystko widać ‘na oko’... No przecież, że widać! Gdy tylko spojrzałem to od razu poznałem, że ten ma czas reakcji 6ms a tamten 10, a ten najdroższy to „na oko” widać że tylko 4ms! Kontrast i jasność też widać było jak na dłoni... o rozdzielczości natywnej już nie wspominając. Podziękowałem panu za pomoc. Na szczęście w sprzedaży był akurat dostępny model o którym dużo poczytałem na Internecie, więc na niego padł wybór. Przekonany, że to koniec przygód podszedłem do kasy. Obok kasjera stał już „bystry” kierownik i z wielkim przejęciem... wycinał kolejne promocyjne karteczki. W momencie płacenia, kasjer przemiłym głosem poinformował mnie, iż nie wystawi mi faktury, gdyż towar ten dostali niedawno i jeszcze nie wprowadzili go do systemu... w zamian zaoferował mi pokwitowanie na podstawie, którego miałem po 2ch dniach odebrać fakturę. Tego już było za wiele, lekko podirytowany oznajmiłem, że co to mnie obchodzi, skoro towar wystawiliście do sprzedaży to kwestia waszych papierków mnie nie dotyczy i na pewno nie będę tracił dodatkowo swojego czasu by odebrać fakturę, kasjer zaczął coś tam mamrotać, jednak przerwał mu kierownik, który w międzyczasie porzucił swoje wycinanki i powiedział, że bardzo przeprasza i że za parę minut otrzymam fakturę. W trakcie kolejnego oczekiwania, uświadomiłem panów, jak bardzo jestem niezadowolony i dość obszernie porównałem ich reklamy w mediach w których wszystko wygląda tak cudnie, z rzeczywistością którą zastałem. Dostałem fakturę i... czekałem dalej gdyż do tej pory pan odpowiedzialny za znalezienie towaru w magazynie i dostarczenie go do mnie się nie pojawił. Nawet zażartowałem, że zaraz się okaże, że do magazynu też go jeszcze nie zdążyliście wprowadzić, po tych słowach kierownik osobiście ruszył na pomoc i zniknął w otchłaniach magazynu. W trakcie gdy trwały poszukiwania mojego monitora, do pana ze stoiska obok podeszła klientka prosząc o informacje na temat odtwarzacza mp3, który chciała zakupić. Ludek ten wziął pudełko do ręki i... zaczął „wyjaśniać” czytając co tam się akurat znalazło – „to odtwarza muzykę... eee... różną muzykę... znaczy, chodzi o różne formaty... o! ma wbudowany dyktafon... yyy... i radio! Tak radio, takie wie pani jak... mmm... w dużym radiu.” Załamka totalna... kompletna amatorszczyzna! Gdy ukazują się ogłoszenia o pracę to w wymaganiach stoi, że trzeba mieć doświadczenie, znać się na branży, być na bieżąco z nowinkami etc. etc. W rzeczywistości wszyscy pracownicy z którymi wtedy miałem wątpliwą przyjemność spotkać się w tym punkcie DOMARu byli albo chwilowo niepoczytalni albo mieli zaawansowany syndrom debilizmu wtórnego. Po kilku chwilach z magazynu wyłonił się dumny „kierownik zdobywca” wracający z misji poszukiwawczej i z satysfakcją oznajmił, że znalazł. Pomyślałem, że chyba teraz powinienem mu za taki sukces jakiś medal wręczyć, bo jego postawa sugerowała, że na coś takiego oczekuje. Gdy odbierałem pudło, kierownik chcąc miłym akcentem zakończyć „udaną” transakcję powiedział: „Na pewno będzie pan zadowolony, bo to bardzo dobry monitor”.

– Tak, przecież to „na oko” widać, że dobry... odpowiedziałem.

środa, 2 stycznia 2008

Moja przygoda z alkoholem...

 ...oraz dlaczego ludki go piją?

Za nami kolejny sylwester, dzień w którym globalnie rzecz ujmując ilość spożytego alkoholu zapewne śmiało można przyrównać do pojemności sporego zbiornika retencyjnego. Dla mnie każdy kolejny sylwester jest dniem w którym mogę ze wzmożoną intensywnością prowadzić swoje obserwacje i próbować odpowiedzieć sobie na powyższe pytanie. Zapewne spora grupka ludków po przeczytaniu takiego podtytułu stwierdzi, że coś ze mną jest nie tak, bo przecież alkohol się pije, a nie prowadzi dywagacje nad słusznością tej czynności. No to może pójdę na całość i pochwalę się, iż od niemal trzech lat nie piję alkoholu w ogóle, nie licząc okazjonalnej lampki szampana. No dobra, zakładam, że po takim wstępie osoby które trafiły tu po wpisaniu w google słowa „alkohol” mam już z głowy. Nielicznym, którzy pozostali zaproponuje dalszą lekturę, jednak ostrzegam, że raczej będę przynudzał.

Skoro napisałem, że od jakiegoś czasu nie piję to oczywiście implikuje, iż wcześniej piłem. Zaiste tak było. Według moich wyliczeń wypiłem kilkanaście litrów piwa, dwie lampki czerwonego wina, coś koło 150ml wódki, trochę czegoś zielonego no i szampana w ilości proporcjonalnej do ilości okazji przy których jego wypicie było stosowne. Co sprawiło, że obecnie całkowicie odstawiłem procenty? Postaram się to pokrótce opisać. Zaczynając od początku... w dzieciństwie miałem to szczęście, że nie wpadłem w tzw. `złe towarzystwo` co zapewne miało niebagatelny wpływ na to, iż nie zacząłem przygody z % za wcześnie. Następnie pamiętam jak w podstawówce, na obowiązkowych spotkaniach przed bierzmowaniem, ksiądz opowiadał o używkach i nałogach. Kończąc prośbą o dobrowolną deklarację, iż do ukończenia 18roku życia, ludek deklarujący się nie będzie palił, pił i zażywał narkotyków. Podpisałem się i jak teraz o tym myślę to chyba w tamtym czasie jeszcze nie za bardzo miałem świadomość, czy i jak to może na mnie wpłynąć. Bez trudu wypełniłem swoją deklarację, z czego obecnie po latach w pewnym sensie jestem dumny, wiedząc od swoich kolegów, jak nielicznym to się udało. Skończyłem 18stkę, na której (prosiłbym ludzi o słabych nerwach o opuszczenie tego fragmentu) również nic nie wypiłem. Czas płynął, żadnych zobowiązań już nie miałem, ale jakoś nie było okazji by zacząć. Dopiero pod koniec lipca 2003roku spotkałem się, z bliską mi osobą (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) i naszym amerykańskim znajomym, usiedliśmy pod jakąś parasolką no i... zamówiliśmy po piwie. Wypiłem jedno małe z sokiem, jak powiedziałem towarzyszom co się właśnie stało to o mało z krzeseł nie pospadali. Pamiętam tylko, że nie smakowało najgorzej, ale rewelacji też nie było. Później trochę się rozkręciłem, zdarzało się, że podczas jakichś manewrów G3W, czy oglądania SpeedwayGP w jakimś pubie potrafiłem wypić do 1,5 litra `złocistego trunku`. Punktem kulminacyjnym okazała się impreza u Lela zwanego też Barnabą (pozdrowionka of korz). Wtedy to wypiłem trochę jakiegoś czegoś co miało kolor płynu do mycia naczyń `Ludwik`, oraz bodajże 3 drinki wódka z colą. Po wypiciu wszystkiego co Lelo miał w zapasie udaliśmy się na imprezę do Savoya. Nigdy nie zapomnę jak około północy szliśmy torowiskiem na Fordońskiej, następnie Jagiellońskiej, śpiewając coś o Apatorze, Legii, Wiśle, Polonii i paru innych klubach. Na miejscu wypiłem jeszcze 2 lub 3 piwa (chociaż zdecydowanie skłaniałbym się ku dwóm, ta trójka to tak dla podkolorowania). Po czym całą ekipą udaliśmy się na plac kościeleckich by każdy mógł złapać coś co mu pasuje. Następnie pamiętam moment zajęcia miejsca w nocnym i... moment w którym kontroler (wtedy jeździli w nocnych nie wiem jak teraz) obudził mnie słowami „proszę wysiąść, to końcowy”. Na szczęście przystanek na którym powinienem był wysiąść jest przedostatnim na trasie, więc dużo dalej nie ujechałem. W ten sposób doświadczyłem chyba czegoś co weterani nazywają `urwaniem się filmu`. Następnego dnia, stwierdziłem, iż od momentu opuszczenia autobusu do momentu znalezienia się w domu doświadczyłem kolejnego powszechnie znanego zjawiska `powrotu na autopilocie`, gdyż kompletnie nie potrafiłem sobie przypomnieć nic charakterystycznego z drogi powrotnej, samą drogę kojarzyłem tak, jak przez mgłę i miałem wrażenie jakby to nogi mnie prowadziły, a nie na odwrót. Oczywiście gdy przestałem zaprzątać swoją głowę tym co było, dotarło do mnie, że obecnie strasznie mnie ona boli i tak jakoś dziwnie szumi w dodatku wilgotność mojego gardła wynosiła tyle ile ściółki leśnej po bezdeszczowym lipcu. Ten objaw był ostatnim z wielkiego alkoholowego trio, za to utrzymywał się najdłużej. Do końca dnia moje samopoczucie poprawiło się ze skrajnie złego na lekko poniżej zadowalającego, tak więc dzień byłby stracony gdyby nie wnioski do których doszedłem. Wydałem sporo kasy, ryzykowałem stratę jeszcze większej sumy w przypadku natknięcia się na jakiś niebieski patrol, ryzykowałem zdrowie śpiewając piosenki o różnych klubach w przypadku natknięcia się na innych śpiewających o INNYCH klubach, ryzykowałem życie idąc przez długi czas środkiem torowiska w przypadku spotkania z tramwajem prowadzonym przez motorniczego lunatyka, straciłem dobrą godzinę z życia oglądając film pt. „urwany”, jakby tego było mało pan kac bezczelnie przez wiele godzin nie pozwolił mi o tym wszystkim zapomnieć. W dodatku wiele tygodniu później dowiedziałem się, że pomiędzy opuszczeniem lokalu, a dotarciem do autobusu byłem widziany przez bliską mi osobę (tę samą z którą wypiłem 1sze piwo) i kompletnie tego faktu nie zarejestrowałem... załamka totalna. I przez co to wszystko? Przez parę marnych procentów. Decyzja mogła być tylko jedna – dziękuję, ja wysiadam...

...no i wysiadłem :) Spośród moich znajomych większość... hmm... większość to chyba za mało, myślę, iż stwierdzenie `niemalże wszyscy` lepiej odzwierciedli stan faktyczny. Więc niemalże wszyscy jadą dalej :) Obserwując ich przygody zauważyłem, że do wielu etapów bytowania z alkoholem nie doszedłem. Wspomnę choćby o dość często występującym procentowym pawiku, tudzież nadmiernej giętkość języka objawiającej się słowotokiem brzmiącym podobnie do tego jaki normalnie wydobywa z siebie Bodzio (pozdrówka i dla Ciebie), a na stanie w którym pijący przeistacza się w nie reagujące na żadne bodźce zwłoki kończąc. Pomimo, że nie doświadczyłem tych bardziej ekstremalnych skutków konsumpcji napojów wyskokowych, skutecznie się do nich zniechęciłem. Wielu ludków, z pełnym wachlarzem doświadczeń, zachowuje się odwrotnie – z radością korzystają z każdej kolejnej procentowej podróży. Osobiście nie znalazłem w tej używce nic pozytywnego, poza chwilowym stanem względnie zajebistego samopoczucia, a lista negatywnych efektów jest długa. Kończąc, muszę przyznać, że ciężko jest wykminić po co ludki piją alkohol, więc chyba przychylę się do opinii, którą od wielu słyszałem, że skoro jest to znaczy, że trzeba go po prostu pić!

p.s. Mam nadzieje, że pierwszą tegoroczną `wichurę` w głowie i `suszę` w gardle macie już za sobą :)

środa, 26 grudnia 2007

Dlaczego przestałem lubić święta...

... a raczej to czym w dzisiejszych czasach są.

Więc czymże są święta? W mojej ocenie dla naprawdę wielu ludków (nie powiem, że dla większości, bo obserwacje zachowań tłumów, które skłoniły mnie do napisania tej notki wcale większością być nie muszą) jest to tylko kilka zwykłych dni, które to wymuszają ponad miesięczny okres nienormalnego, względem reszty roku, zachowania tychże ludków.

Trochę o przygotowaniach. Z roku na rok zaczynają się one coraz wcześniej i są coraz intensywniejsze. Oczywiście meritum `przygotowań` są zakupy, mam wrażenie że niektórzy właśnie to podczas świątecznego okresu czczą. Przy czym u sporej liczby ludków wykonujących ten tradycyjny przedświąteczny rytuał, zaobserwować można występowanie tzw. kurwików w oczach oraz zdecydowanie przewyższające normę stężenie „wnerwa pospolitego”. W sumie mają prawo być w takim stanie, gdyż skuszeni rabatami, upustami i przecenami mocno zawyżonych cen podstawowych, udali się tłumnie (czyli w liczbie zdecydowanie przewyższającej max. przepustowość marketowych alejek) do najbliższej `świątyni` w celu nabycia niezliczonej ilości przedmiotów potrzebnych, mniej potrzebnych i zupełnie zbędnych, ale za to z karteczką `-xx%`. Po czym ustawili się w kolejce przypominającej długością te z czasów PRLu, do linii kas, która zazwyczaj jest tak samo silnie obsadzona, jak przyczółek Westerplatte po tygodniu walk. Właściciele `świątyń` w celu wyciągnięcia jak największej ilości `darów` z niekończącej się fali `świętujących` wydłużają godziny pracy. Sieć sklepów „dla idiotów” w ostatni weekend przed świętami pracowała do północy – rewelacyjny pomysł! Ileż to razy około godziny 23 nachodziła mnie ochota by kupić sobie toster lub `empeczy plajer`, a tu wszystko zamknięte! Gratulacje dla `idiot-menedżerów` i szczere wyrazy współczucia dla rodzin szeregowych pracowników tej sieci, no ale któż by się przejmował rodziną i to w dodatku w okresie świątecznym, to nie te czasy...

Tradycyjne symbole w nowoczesnym świecie. No właśnie co z nimi? Pożarła je galopująca komercha... Weźmy na przykład taką choinkę, ładna zielona i dzieciom się podoba. Ostatnio jest taka moda, że władze miejskie wystawiają choinki w centralnych punktach grodu. Jednak rajcom wcale nie chodzi o nastrój, czy jakieś inne duchowe doświadczenia, które naturalnie powinny nas nachodzić podczas kontemplacji urody w/w choinki. Dla nich ważniejsze jest by ich choinka była większa i okazalej ozdobiona od tej z sąsiedniego `zaprzyjaźnionego` miasta... niestety to informacje z pierwszej ręki. Następnie weźmy `na tapetę` Mikołaja, a raczej ich setki spotykane na każdym kroku. Może to prawda, iż to frajda tylko dla dzieci, ja już dzieckiem nie jestem, ale nie bawi mnie to z zupełnie innego powodu. Idąc jednego dnia naszą piękna ul. Gdańską spotkałem kilku `Świętych`, od każdego dostałem karteczkę, ale nie było na niej nic związanego ze świętami, żadnego elementu zmuszającego do refleksji, chwili zastanowienia dlaczego obchodzimy święta? Nic z tych rzeczy. Za to dowiedziałem się z nich, że mogę wziąć od ręki tani kredyt gotówkowy `na święta`, kolejna oferowała Motorloe za 1zł `pod choinkę` z jeszcze innej dowiedziałem się że tylko dzięki `tepsie` miło spędzę święta z najbliższymi...

Ludzie uwielbiają pokazywać innym jak bardzo są `świąteczni`. Udowadniają to do tego stopnia, że sami nie widzą jak sztuczne staje się ich zachowanie. Mamy takiego `przesympatycznego` sąsiada co, jak to moja mama mawia nie zhańbił się jeszcze nigdy by powiedzieć dzień dobry (mi czasem coś odburknie w narzeczu hula-gula), ale rok rocznie – znaczy się że co roku :) – w okresie przedświątecznym niemalże kłaniając się w pas składa życzenia, by w okolicach nowego roku znowu zapomnieć języka w gębie, ot osobliwość. Przykładów sam na własnej skórze poznałem wiele. Chociażby pospolite g-g, niemalże w ciemno można założyć, że w dniach 22-26 grudnia zdecydowana większość (tu mogę tak napisać po wnikliwej i wieloletniej analizie) ustawionych opisów dotyczy informowania wszystkich jak bardzo jest się pochłoniętym przygotowaniem, a następnie celebrowaniem świąt. Choinki, bombki i `szczere` życzenia dla `wszystkich` (według mnie znaczenia tych dwóch słów wzajemnie się wykluczają) pojawiają się, jak grzyby po deszczu. Może ktoś powiedzieć, że to akurat nic dziwnego i co mi do tego, po części będzie miał racje, ale tylko po części. Akurat taki ze mnie typ że lubię sobie spojrzeć na coś zupełnie inaczej niż przeciętny ludek (oczywiście w najmniejszym stopniu nie uważam siebie za kogoś więcej jak tylko przeciętnego ludka) i najczęściej krytycznie to osądzić, no do tego akurat mam prawo, co najwyżej ktoś, anonimowo tudzież nie, równie krytycznie oceni moją krytyczną ocenę. Wracając do sztuczności zachowań niektórych świętujących. Za przejaw skrajnie sztucznego zachowania uważam, kogoś kto odzywa się raz w roku i zawsze jest to złożenie świątecznych życzeń. Normalną rzeczą jest, że w ciągu iluś tam lat życia poznaje się iluś tam ludków, część z nich zostaje przyjaciółmi, część kolegami/koleżankami, część tylko znajomymi, a o niektórych z racji wygaśnięcia bliższych kontaktów z czasem się zapomina. Ja mam akurat tak, że dajmy na to w komórce czy takim g-g lubię mieć `porządek` i najzwyczajniej w świecie co jakiś czas taki porządek przeprowadzam. No i potem przychodzi końcówka grudnia i dostaję sporą porcję życzeń od osób o których mogę powiedzieć tylko to co zazwyczaj mawia mój słabo –widzący, -słyszący i –pamiętający kolega: „Kto to k**** był?” (pozdrowionka dla Rabbiego zwanego w niektórych kręgach Koszernym). A idę o zakład, że osoby od których dostaję owe życzenia w wielu przypadkach mogą przed wysłaniem powiedzieć o mnie to samo, a wysyłają tylko dlatego, że kiedyś nie zrobili `porządków` i dlatego, że są święta...

Święta, święta i po świętach. Ludki przed świętami kupują co się da, niemiłosiernie przy tym narzekając, że tłoczno, że wszędzie korki, że za gorąco w sklepie, że pani ekspedientka wśród kilku tysięcy rozdanych uśmiechów, akurat do nich się nie uśmiechnęła, że w ogóle wszystko nie tak. Ludki przed świętami wytwarzają i przetwarzają tyle jedzenia, że starcza go, aż do sylwestra, ale to nie przeszkadza im , aby w tak zwanym międzyczasie narzekać, na to że się przejedli i na to że jeszcze tyle zostało. Ludki – co może wydać się zaskakujące - narzekają również po świętach, że już się skończyły. Ludki narzekają na wszystko co wiąże się ze świętami, a mimo to cieszą się na myśl o zbliżających się kolejnych. Taki sobie paradoksik, a może wcale nie? Może tę radość z nadchodzących świąt czerpią podświadomie, gdzieś z głębi, ze źródła, które co roku rodzi się na nowo i co roku liczy na to, że te ludki na parę chwil przed, w trakcie i po świętach pomyślą o czymś trochę mniej przyziemnym...

Tak więc, jeszcze tylko trzysta parędziesiąt dni i znów będziemy mogli ponarzekać.

wtorek, 25 grudnia 2007

Życie to jednak popelina...

...zbyt krótko trwa, zbyt późno się zaczyna.

Jak mawiają, życie zaczyna się po czterdziestce. Statystycznie rzecz biorąc jest to prawda. Statystyczny Kowalski, z góry przepraszam każdego Kowalskiego, który przypadkiem to będzie czytał i poczuje się urażony, nie wiem co za kretyn kiedyś wymyślił, że statystyczny to będzie Kowalski albo Nowak, no ale tak się przyjęło – sorry. Więc ten statystyczny Kowalski średnio pierwsze dwadzieścia, czasem dwadzieścia parę lat poświęca na naukę, następnie zdobywa pracę – najczęściej na kiepskich warunkach wszak nie ma kompletnie żadnego doświadczenia. Zakłada rodzinę, kupuje samochód, wynajmuje mieszkanie – mijają kolejne lata. Statystyczny Kowalski ma dzieci. Wraz z upływem czasu, zaczyna lepiej zarabiać, gdyż nie jest już młokosem, a więc sytuacja materialna wyraźnie się poprawia. Kredytów ma coraz mniej. Dzieci mu podrosły i stają się bardziej samodzielne. Życie nabiera barw... tak się jakoś składa, że statystycznemu Kowalskiemu przychodzi to tuż po czterdziestce. Stąd zapewne owe powiedzenie. Do tej pory raczej zgadzałem się z tą teoria, jednak nastąpiło coś co diametralnie zmieniło mój punkt widzenia.

Jakieś 2,5roku temu wprowadzili się nowi sąsiedzi. Statystyczna młoda polska rodzina, model 2+2 (z tym szczęściem, że trafili na wariant zróżnicowanych płci potomstwa). Przesympatyczni, życzliwi, kochający się, po prostu szczęśliwi ludzie. Dzieci we wczesnej fazie dorosłości, wyremontowane mieszkanie, nowy samochód – po prostu sielanka i wizja wielu `tłustych` lat.

29 listopada, jak co wieczór oglądałem lokalny serwis informacyjny, materiał o tragicznym wypadku do którego doszło w godzinach porannych na fordońskiej, obejrzałem z taką samą obojętnością jak pozostałe. „(..)Jadący w kierunku centrum kierowca renault z nieznanych przyczyn zjechał na przeciwległy pas ruchu i zderzył się z nadjeżdżającym samochodem ciężarowym. Kierowca samochodu osobowego zginął na miejscu.” 30 listopada na pierwszej stronie bydgoskiej części Gazety Pomorskiej zdjęcie rozbitego kangoo. „Przyczyną wczorajszego wypadku był zawał serca, którego doznał kierowca renault. (..) Po mimo kilkugodzinnej walki lekarzom nie udało się uratować życia pasażerki auta”. Pamiętam, że patrząc na zdjęcie przez chwilę pomyślałem – sąsiedzi mają taki sam samochód. 3 grudnia idąc na przystanek przechodziłem koło parkingu strzeżonego, najbliższego naszemu blokowi, na którym zobaczyłem rozbite renault kangoo... Jakoś tydzień później wychodząc z mamą na zakupy, spotkaliśmy naszą sąsiadkę, jak zwykle powiedziałem dzień dobry. Odpowiedź jakiej oczekiwałem nie padła, zamiast tego zobaczyłem, jak ta zawsze pogodna i radosna osoba ze łzami w oczach rzuciła się na szyję mojej mamie. „Pani kochana, jaka tragedia...”

Dariusz lat 45
Amelia lat 23
Niech spoczywają w pokoju. [*]

Życie zaczyna się po czterdziestce, ale kto da nam gwarancje, że uda nam się je zacząć? Dla wielu jest to zbyt późno.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Ja tylko chciałem coś kupić...

...a stałem się uczestnikiem parkingowego survival`u.

Jakieś dwa tygodnie temu przekonałem się jak ciężko jest, w okresie przedświątecznym kupić zwykłą rzecz. Jak do tego doszło? Ot po prostu, podczas prac modelarskich doszedłem do wniosku, że za niedługo potrzebny mi będzie o jeden `ścisk modelarski duży` więcej niż obecnie posiadam. Więc korzystając z wolnej chwili i pięknych okoliczności przyrody wybrałem się do sprawdzonego punktu. Pech chciał, iż punkt ów znajduje się tuż obok miejsca, które w okolicach świąt jest oblężone w stopniu porównywalnym z muzułmańską Mekką. Mowa tu oczywiście o `Galerii Pomorskiej`. Oczywiście podobnie jak kilkuset innych kierowców nie przewidziałem, iż na parkingu który zazwyczaj zapełniony jest w 30-40% nie będzie żadnego miejsca. Sytuacja zaczęła się komplikować jakieś 300m od G.P. kiedy to po uprzednim wyhamowaniu całkowitym zacząłem się przemieszczać do przodu z prędkością `tyle ile się dało/jeden cykl sygnalizacji świetlnej`. Kiedy minął mnie 4ty tramwaj pędzący w stronę miasta dopchnąłem się pod sam sygnalizator i zająłem tzw. pole position. Baaa nawet zostałem przez ów sygnalizator zaskoczony, gdy po około 5sek. otrzymałem `zieloną strzałkę`, ale to był tylko taki `chłyt maketindody` gdyż pas w który miałem wjechać był delikatnie mówiąc zajęty. Po jakichś 2 kolejnych tramwajach w kierunku centrum, udało mi się... podjechać na tyle blisko, by zorientować się, że 9/10 samochodów próbuje skręcić na parking do G.P. więc postanowiłem być tym 10tym i skręciłem na parking przy `szwabsken ruden wiewióren`, w nadziei że tam będzie luźniej. Gdy kończyłem drugi `tour de parking` nadzieja mnie opuściła. Podczas kolejnej rundy, miałem szczęście, z `Wiewióry` akurat wychodził pan, który z widocznym na twarzy wysiłkiem pchał wózek, którego zawartość przedstawiała się w postaci pudełka o wymiarach kilkanście-x-kilkanaście-x-kilka centymetrów. Postanowiłem, że niczym kuna zakradnę się za nim i zapoluje na miejsce które niechybnie zwolni za czas niedługi. Tak też zrobiłem, jednak zanim ten biedny człeczyna zdążył zapakować swoje zakupy do bagażnika z naprzeciwka ustawił się już 2gi chętny i w dodatku bezczelnie włączył kierunkowskaz. Ze dwa razy grzecznie pokazywałem sępowi po której stronie będzie mnie miał próbując zająć zwalniane miejsce, nie wiem czy to by poskutkowało, ale jednak niebiosa mi sprzyjały. Pan `po zakupach` wykręcił w stronę mojego oponenta co dało mi kilka cennych sekund by poprawić swoją pozycję. Podjechałem do przodu, blokując wolne miejsce, rywal po krótkiej chwili bezczynności z grymasem na twarzy odjechał – ha! zwycięstwo! Pozostało już tylko grzecznie wtoczyć się w upolowane miejsce. Ten kto myśli, że to koniec przygód jest w sporym błędzie. Wracając powolnym krokiem w stronę samochodu zauważyłem, pewną panią w `cieniasie` (lub jak mawia moja mama `cińko-cieńko`), która korzystając z wypróbowanego sposobu `na kunę` toczyła się za mną. Parę minut wcześniej zarówno ja jaki i mój konkurent do miejsca zatrzymaliśmy się w odległości umożliwiającej swobodny wyjazd w dowolnym kierunku osobie opuszczającej parking. Jednak ta pani (podkreślam jeszcze raz pani :P ) zatrzymała się w taki sposób że... nie wiem jak go określić, ona w zasadzie w połowie już zaparkowała w miejscu z którego ja jeszcze nie wyjechałem. Zostawiła mi tyle przestrzeni, że ciężko by było stamtąd wyjechać wózkiem na zakupy, a co dopiero samochodem. Popatrzyłem na nią, wymownie, ale ona nic. Otworzyłem auto, powoli zdjąłem kurtkę co by mi ruchów nie krępowała, powoli usadowiłem się w samochodzie, powoli wykonałem wiele innych czynności - pani nadal stała, jak stała tyle że za nią utworzyła się kolejka złożona z kilku samochodów, bo pani blokowała całą alejkę. Stwierdziłem, że baba nie załapie o co lotto, więc wytoczyłem się tyle ile mogłem i wykonałem gest bezradności dobitnie wskazujący, że potrzebuję trochę więcej miejsca. Reakcja owej pani zapewne ścięła by mnie z nóg gdyby nie fakt, że wygodnie siedziałem. Opuściła szybę i puściła tak soczystą i głośną wiązankę, że z całą pewnością mogę stwierdzić, iż jej mąż jest rasowym szewcem. W tak zwanym międzyczasie jej – na oko – co najwyżej 12letnia pasażerka pokazała mi język i środkowy palec... Po tym krótkim, aczkolwiek bardzo wymownym przekazie, pani wycofała swojego `cieniasa` i... obrażona, odjechała rezygnując z miejsca. Chwilkę jeszcze trwało zanim otrząsnąłem się z lekkiego szoku, po czym ruszając, odruchowo spojrzałem w prawo i ujrzałem życzliwie uśmiechającego się pana, który tylko czekał, by porwać zdobycz, która mu się trafiła.
Kończąc przydługą relacje chciałem tylko napisać, że w sklepie nie otrzymałem ścisku modelarskiego dużego i musiałem zakupić średni...